Strefa taty: Gdzie są moje skrzydła?

Od momentu jak zostałem sam z dzieckiem (w sensie opieki rzecz jasna) co chwilę spada mi na głowę jakieś fatum… Chyba dopiero teraz tak naprawdę zaczynam rozumieć co znaczy być tatą w 100 procentach…

Przychodzą te niezwykle emocjonujące dwie kreski na teście i facet wpada w niepohamowaną dumę. Ego rośnie z minuty na minutę, bo przecież stworzyć nowe pokolenie to coś co gdzieś tam przewijało się w głowie, ale ciągle funkcjonowało w sferze marzeń… No dobra – tak było w moim przypadku. Potem przychodzi czas, by skrzydełka odstawić w kąt i zejść nieco na ziemię. Ciąża na szczęście trwa 9 miesięcy, więc idzie spokojnie się wyrobić.

Dochodzi do porodu. No i nie wiem jak bardzo chciałbym schować te skrzydła co je odstawiłem w kąt – nie da rady. Doczepiają się nieproszone i nie chcą się odkleić. Każda godzina rodzi euforie zwiększającą swoją objętość jak balon. Pierwsze spojrzenie, pierwsza minka, pierwszy dotyk rączek…Tych chwil nigdy nie zapomnę. To one stały się swego rodzaju platformą ze świata marzeń – tego  świata niemożliwego do uchwycenia do rzeczywistości, w której nasz dom nagle pewnego dnia o 11.45 urósł do trzech osób. Osób za które jako pragnący sprostać wyzwaniu ojciec i mąż wziąłem pełną odpowiedzialność.

I może właśnie dlatego teraz jest tak ciężko? Nie odbierzcie tego jako narzekanie. Chodzi mi o coś innego. To, że jest ogrom obowiązków to żadne zaskoczenie. Mam na myśli podejście do tego wszystkiego. Można przejść obok wszystkiego na pewnym luzie. Czasem nieco odpuścić. Świat się przecież nie zawali. Tak nie raz było ze mną, gdy rodzina była jeszcze dwuosobowa. Wieczorkiem wrzucało się jakiś filmik w imię jakże niezbędnego chilloutu. Było przyjemnie. Mógłbym zamknąć bloga co zapewne pozwoliłoby zyskać kilka jakże ważnych godzin dziennie do wykorzystania, jednak ta wirtualna przestrzeń, ta moja strefa to coś dla mnie (nas) bardzo ważnego. Blog motywuje nas wzajemnie do działania. Nie lubię stać w miejscu, a nie raz odnosiłem wrażenie, że czas gdzieś umyka przez palce…Tylko jak się ten czas mocno wypełni to trzeba się wznieść na wyżyny swoich ukrytych możliwości, by to wszystko jakoś poskładać. Może i bierzemy sobie na głowę za dużo, ale jak nie teraz to kiedy? W świecie bezproblemowym nie byłoby zgrzytów. W naszym i Waszym jednak te zgrzyty są.

Choroby…

Wiem, że wielu ludzi ma gorzej. Wiem, że są choroby przewlekłe, które każdemu rodzicowi mierzącemu się z tym problemem generują potoki łez (nie mówię tylko o matkach) i jak tak sobie o tym myślę, to mam dla takich osób ogromny podziw. Bo dopiero teraz widzę, tak realnie widzę, doświadczając różnego rodzaju mniejszych problemów ze zdrowiem jak wiele stresu to kosztuje.

Jak zaczyna chorować maleństwo to już żyjesz na podwyższonym tętnie. Jesteś rozproszony. Martwisz się czy to nie jest przypadkiem coś poważnego. Jak złapie gorączkę to już w ogóle koszmar. Zapominasz o śnie. Myślisz tylko o tym, by temperatura jak najszybciej spadła. A gdy dziecko jest w trakcie leczenia jak grom z nieba choroba rozprzestrzenia się dalej. Atakuje mamę(mimo, że chora musi iść do pracy) albo tatę. Osłabia organizm, a tu przecież walczyć trzeba dalej. Bo dom sam się nie posprząta. Bo obiad trzeba przygotować. Bo przede wszystkim chce się zająć dzieckiem.

I dlatego na maxa ważne jest, żeby być wtedy razem. Czuć tą odpowiedzialność. Za całą rodzinę. Bo choroba to coś bardzo niefajnego. Ale i z niej może powstać bardzo silna rodzinna więź. Jak to ktoś kiedyś powiedział mojej żonie. Wspólne chorowanie też ma swój sens.
***

A jak to jest u Was? Potraficie przekazywać sobie ster odpowiedzialności bez zbędnego gadania? Przychodzi to naturalnie, czy jest jednak pole do poprawy w tej kwestii? 

Możesz lubić również

Here you can find the related articles with the post you have recently read.